Kategoria: Moje Karaiby

20 grudnia 2009, Warszawa
Wcale sobie Karaibów nie wymarzyłam. Ani nie planowałam. Karaiby przyszły do mnie same, w środku nocy z piątku na sobotę, a właściwie – razem z moim mężem, który właśnie skończył koncert w Czarnej Perle i w progu oświadczył:
- Jedziemy na Karaiby. Chcesz?
- Na Karaiby? Jasne, że chcę!! Ale o co tak naprawdę chodzi? Żartujesz czy mówisz naprawdę?
….Potem padło kilka zdań wyjaśnień: że Nogal, że Mayones, że wkręcają go w ten rejs, że nas zapraszają, że sponsorują lot…
- Ok. Pogadamy jutro, jak wytrzeźwiejesz – skwitowałam

Lot na Martynikę

Czekałam na ten wyjazd prawie rok. Nie powiem, żebym się za bardzo do niego przygotowywała. Dosłownie dwa dni przed wyjazdem kupiłam przewodnik, parę bluzek, latarkę, buty i maskę do nurkowania (trzy stroje kąpielowe miałam już kupione we wrześniu na wyprzedażach). Tym, co musiałam załatwić znacznie wcześniej była opieka do dzieci. W końcu została z dziećmi Kochana Ciocia – Iza (jestem ci, siostrzyczko dozgonnie wdzięczna :)).

26 listopada 2010 – czyli Karaibów dzień Pierwszy

Tej nocy spałam tylko 3 godziny. Pakowanie, ustalanie z Izą i spisywanie na kartce ważnych rzeczy (telefony przyjaciół, opłaty za przedszkole, karate i inne).

6.55 – 9.30 – lot do Paryża

Lecimy samolotem linii Air France, z warszawskiego Okęcia – na lotnisko Charles de Gaulle w Paryżu
Następnie jedziemy autobusem z lotniska Charles de Gaulle na lotnisko Orly (około 1 godziny).
13.25 – 17.05 – lot na Martynikę
Z podparyskiego lotniska Orly lecimy na lotnisko Lamentin w Fort de France na Martynice.

lot na martynikę

Integracja rozpoczyna się już w samolocie. Od początku na czoło wysuwa się Marcin (zwany później Ministrem, Wytrychem lub Martinem). To on zaprzyjaźnia się ze stewardessami, by móc przynosić lód i cytrynkę prosto z kuchni do naszych drinków. To on zdobywa serca innych podróżujących (a zwłaszcza jednej starszej Pani, która zaprasza nas na wesele 4 grudnia na Martynice), snuje opowieści, pokazuje zdjęcia na komórce, zaraża tym innych (czyli Tadeusza), jak również skrupulatnie tłumaczy i obiecuje obsłudze, że będziemy grzeczni i „nie za głośni”.
Stwierdzam, że linie Air France są super. Oprócz smacznego jedzonka na ciepło, deseru i przekąsek, każdy dostaje buteleczkę wina i drugą podobną – z rumem. Oczywiście po skonsumowaniu można coś niecoś dodatkowo domówić. Tak więc plotka o tym, że „w Air France słabo karmią”, w tym przypadku nie sprawdza się ani trochę.

Z racji tego, że mam miejsce przy oknie, co jakiś czas zerkam wypatrując widoków. Mądry ekranik zamontowany w oparciu fotela informuje na bieżąco o trasie, którą pokonujemy, wyświetla też inne dane: prędkość 960 km/h, wysokość 10000 m, temperatura za oknem -40 stopni C, pokonany dystans 3800 km oraz czas, który pozostał do lądowania (niecałe 4 godziny). Śledzę wszystko skrupulatnie.
Tak, można powiedzieć, że nie mogę się już doczekać. Zżera mnie ciekawość – jak TAM jest? Jak to jest, kiedy w zimie jest lato? Jak to jest, kiedy od paru miesięcy jest szaro-buro i zimno, a TAM kwitną kwiaty?? Jak pachnie TAMTEJSZE powietrze? Jak jest je czuć na swojej skórze? Czy TO ciepło jest takie samo jak w NASZYM lipcu?
Nie wiem, nic nie wiem, nie umiem sobie tego wyobrazić, więc nie wyobrażam. Na razie – zerkam z niecierpliwością w małe okienko i czekam. Połowa drogi już za nami, teraz będzie „z górki”.

Odkąd została nam niecała godzina lotu, mam wrażenie, że z każdą chwilą kolory za oknem stają się coraz bardziej intensywne. Przeważa niebieski (białe jest tylko skrzydło samolotu, które towarzyszy mi cały czas i jest nieodłącznym elementem mojego „widoku z okna” – wielkie, nieruchome coś, jakby doczepione do „mojego widoku”), bardzo niebieski.
Taki niebieski jak lubię – ciepły, uśmiechnięty, a jednocześnie bezkresny, kojarzący się z wolnością i przestworzami.
Temperatura wyraźnie rośnie (ta wewnątrz też): 12, 14, 16, 18 stopni C na plusie!! To jak grudniowe wakacje we Włoszech, czyli jest nieźle. Prędkość spada. Obniżamy się. Do lądowania zostało 15 minut. Za oknem coraz wyraźniejsze barwy, widać skupiska białych kropeczek na oceanie (to jachty). Zaraz potem pod spodem mamy ląd, do niebiesko-białej palety barw dołącza teraz zieleń i brąz. Zachwycam się intensywnością kolorów, w powietrzu wyraźnie czuję „coś innego”, nie umiem tego nazwać: egzotyka, radość, zahaczająca o rajskie klimaty – sielskość, bujność, ciepło, życie.
Moje rozmarzenie zostało nieco zakłócone przez sam moment lądowania. Czując, że się obniżamy i hamujemy, widząc na ekranie – wysokość 500 m, 450, 300 ….spojrzałam ponownie w okno sądząc, że tym razem zobaczę już płytę lotniska. A tu……woda, znowu woda, dużo wody, a my się ciągle zniżamy. Kiedy już prawie widziałam kółka samolotu sunące po tafli wody z prędkością 350 km/h (taka jest mniej więcej prędkość przy lądowaniu), kiedy na chwilę zaparło mi dech,
… zaczęliśmy zgrabnie skręcać, niemalże muskając powierzchnię wody – tym razem lewym skrzydłem….Lotniska w dalszym ciągu nie widziałam.
„ Jak oni TU lądują na tych wyspach? Przecież tu nie ma nawet miejsca na wyhamowanie”– prowadziłam wewnętrzny dialog.
„Kurcze, przecież jakoś to robią!!” – uspokajałam sama siebie w myślach

Serce waliło mi jeszcze dobre trzy minuty po tym, kiedy kółka naszego wielkiego samolotu faktycznie dotknęły ziemi. Tego momentu nie da się z niczym innym pomylić, ani do niczego innego porównać. Spotkanie ogromnej, huczącej swoimi spracowanymi silnikami maszyny, unoszącej siebie (i nas) w tak nienaturalny i niepojęty dla mnie sposób, w niewidzialnie przezroczystym i ulotnym powietrzu, z – niosącą poczucie bezpieczeństwa, choć twardą w całej swojej stanowczości – ziemią.

Dodano w Moje Karaiby | Tagged , , , | 2 komentarzy

Pierwsze wrażenie

Lotnisko Lamentin listopad 2010

Lotnisko Lamentin listopad 2010

Lotnisko Lamentin – Fort de France, Martynika

26 listopada 2010, po godzinie 17.

Duszny rękaw prowadzi nas z samolotu prosto do budynku przylotów. Dalej jest już tylko duszniej. Wzdłuż taśmy, na którą za moment wjadą walizki, kłębią się ludzie. Prawdopodobnie wszyscy są za grubo ubrani. Ja na pewno. Dość szybko dostajemy nasze walizki i idziemy rozejrzeć się po okolicy.
To, co od razu rzuca mi się w oczy to obskurność tego miejsca. Kilka ławek, informacja, jeden bar (który zamknęli zanim zdążyliśmy się do niego udać). Toaleta też nie grzeszy ani czystością ani niczym innym. Ważne, że jest!

Czekając na resztę naszej grupy, obserwuję wchodzących i wychodzących ludzi. Automatyczne drzwi otwierają się i zamykają, na zmianę. Pora wyjść na zewnątrz, póki się na dobre nie ściemni.Gdziekolwiek jestem, uwielbiam ten pierwszy moment w nowym miejscu. To pierwsze wrażenie TU. Z jednej strony moja ciekawość każe mi od razu wybiec, z drugiej – jakby specjalnie odciągam ten moment…Parno i duszno, choć już po zmroku. Te, bądź co bądź, znane i w naszym umiarkowanym klimacie określenia, tu nabierają zupełnie odmiennego charakteru i kształtu. To nie to samo ciepło, co u nas w lipcu czy sierpniu, to nie to samo parno, co przed burzą przy żniwach, no i z całą pewnością zupełnie nie takie „duszno”, jak w święta w kościele czy tuż przed świętami w autobusie komunikacji miejskiej.Stojąc na progu otwierających się w tym momencie drzwi robię krok do przodu, łapiąc jednocześnie w tym ułamku sekundy „swoje pierwsze wrażenie” Karaibów.
„…a myślałam, że to na lotnisku jest gorąco i żadna klima nie działa …” – to moja pierwsza myśl
Jednocześnie poczułam falę łagodnego, przyjaznego ciepła, która mnie uderzyła. Już wiedziałam, że będzie fajnie. I zapach, inny, nieznany, wilgotny, trochę parujący, ale niczym nie przypominający ani porannej wilgoci po nocy w namiocie, ani popołudniowej wilgoci, parującej od gorąca i deszczu, łąki przed burzą. Niby trochę to przypominało greckie klimaty, ale nie do końca.W oczekiwaniu na naszego busa jeszcze parę razy wychodziłam na zewnątrz, by zaczerpnąć tego nowego powietrza, a może bardziej w poszukiwaniu potwierdzenia, że wszystko dzieje się naprawdę i że moja karaibska bajka wcale mi się nie śni, tylko dzieje się naprawdę…

Port Le Marin oddalony jest od lotniska jakieś 30 km, stąd każdy kurs tam i z powrotem po kolejną grupkę ludzi trwa ponad godzinę. Kiedy pierwsze 9 osób odjechało, podjęliśmy szybką i męską decyzję o wzięciu dodatkowej taksówki (co sprawiło, że po pierwsze byliśmy w miarę szybko w marinie, a po drugie – odciążyliśmy trochę naszych „kierowców”). W 7 osób zapłaciliśmy 70 euro.

Dodano w Moje Karaiby | Tagged , , , | Skomentuj

Przywitanie z Zerliną

 

Port w Le Marin

Port w Le Marin

Le Marin

Nasza marina okazała się dość duża i dość głośna. Idąc z bagażami w stronę naszej łódki minęliśmy kilka barów. Śmiechy, wrzawa, piwo, muzyka, kolorowe stroje i światła zniknęły dopiero za białą bramką, oddzielającą naszą keję od reszty. Od naszej łódki dzieliła nas ostatnia długa prosta. Po obu stronach drewnianej kei stały białe jachty, równiutko jeden przy drugim. Większość z nich to katamarany. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że nasz będzie wyglądał podobnie. Te mijane zaszokowały mnie swoją wielkością, a dokładniej – szerokością i przestrzenią w kokpicie. Poczułam się jak w filmie – On, Ona, piękny biały jacht, niebieski ocean, luksus i powiew wielkiego świata i wielkich wakacji.

Zerlina

Zdjęcie katamaranu, na którym spędziłam 2 piękne tygodnie

Katamaran – Zerlina.
Może po polsku nazywałby się po prostu Celina, nie wiem. Tak czy inaczej wyglądał imponująco, bezpiecznie, stabilnie – wyglądał dokładnie tak, jak go sobie nie wyobrażałam.
Oba kadłuby – pływaki, na których całość stoi (albo lepiej-pływa) zaskoczyły mnie swoją przestronnością (4 kajuty – każda z nich z wielkim łożem, sporą szafą, półkami w zagłówku i szafką pod łóżkiem (mieszczącą spokojnie naszą walizkę, buty, kamizelki ratunkowe i parę innych drobiazgów), z łazienką z prysznicem i toaletą, dodatkowo dwa miejsca do spania w każdym kadłubie – ale już zdecydowanie mniej przestronne – dla singli).
Zajęliśmy kajutę na rufie, na prawym pływaku.
Kolejnym zaskoczeniem była dla mnie siatka, łącząca oba kadłuby. Po pierwsze myślałam, że będzie większa, a po drugie – że będziemy po niej ciągle chodzić, bo jest ona takim szlakiem komunikacyjnym pomiędzy dwiema stronami jachtu. Nieprawda. Siatka była tylko na dziobie, na samym przodzie i wcale nie trzeba było po niej chodzić, nie było takiej konieczności. No, chyba, że ktoś bardzo chciał i lubił. Wszyscy natomiast lubili sobie na niej poleżeć. Czy to w porcie, czy w drodze. Z tym w drodze było nieco trudniej, bo zalewało słoną wodą i bujało.
Kiedy już wrzuciliśmy swoje bagaże do środka można się było dokładniej rozejrzeć po jachcie. Dość duża, choć przytulna mesa z okrągłym stołem, wokół miękkie kanapy, biegnące „w podkowę”, wysoki blat – a za nim zlewozmywak, ładowana od góry lodówka, za nią kuchenka, piekarnik, półki, szuflady, i cała reszta kambuza, czyli jachtowej kuchni.
Ponieważ pływając po Karaibach, większość czasu spędza się jednak na zewnątrz, kokpit był tu przestronny, z rozkładanym stołem, z wygodnymi ławeczkami dookoła, z daszkiem nad głową. Tym, co mnie zdecydowanie zaskoczyło była szerokość całej rufy. Zwłaszcza na początku nie mogłam się przyzwyczaić do tego, że łódka zamiast jak dotąd podłużna (od dziobu do rufy), tym razem bardziej przypomina kwadrat (albo mydelniczkę).
Bardzo sprytnie urządzono też schodki na obu kadłubach, dość szerokie, bezpieczne, te na prawym kadłubie-dodatkowo zakończone drabinką (która przydawała się zwłaszcza przy nurkowaniu), na lewym – z wyciąganym prysznicem ze słodką wodą. W ogóle przemieszczanie się po całym katamaranie jest bezpieczne i przyjemne – dużo miejsca do stąpania, antypoślizgowa powierzchnia, wygodny rant dookoła nadbudówki, którego można się było przytrzymać w czasie większej fali.
Nasza Zerlina od początku wydawała się być przyjaznym i ciepłym miejscem, takim, które swobodnie może zastąpić dom i to nawet na znacznie dłużej, niż tylko na dwa tygodnie.
Myślę, że to odpowiedni moment, by napisać kto zamieszkał w tym domu razem ze mną (i z moim mężem):
Ela + Piotrek „Rydzu” czyli Rydze
Iga + Janek czyli Janki
Marcin czyli Minister Marti lub Wytrych
Marcin czyli 1.oficer
Krzysztof
Władek
Staszek
I nasz kapitan – Łukasz czyli po prostu Waf

Drugi katamaran, który póki co stał z naszym burta w burtę był trochę młodszy, miał więcej bajerów (przydatnych – jak na przykład odsalarka), skórzane obicia, dużą lodówkę, która – w przeciwieństwie do naszej – chłodziła. Jednej rzeczy, której podobno nie miał to karaluchy (też w przeciwieństwie do naszego, niestety).
W porównaniu do Zerliny wyglądał bardziej luksusowo, stąd od razu dostał ksywkę Prestiż, a zajmujący go nasi znajomi chyba już na zawsze pozostaną „Prestiżami”. Chcę nadmienić, że w określeniu tym nie ma żadnej złośliwości (tak samo jak przesady), zwłaszcza, że jego autorem jest człowiek stamtąd – słynny Tadeusz.
Właśnie Tadeusz, który jako pierwszy nas odwiedził, rozsiadając się wygodnie w kokpicie, ze szczerym zachwytem w oczach stwierdził, że u nas jest bardzo fajnie, tak przytulnie, i jakby trochę retro…
Od retro do prestiżu było już bardzo blisko. W ten sposób nasza poczciwa Zerlinka została „Retro”, a sąsiedni jacht – „Prestiż”.
Prestiże płynęli w składzie:
Kapitan Mayones – czyli Marcin
Kasia
Patrycja + Nogal
Monika + Grzesiek
Tadeusz
Asia + Leszek
Karol
I dwóch Wojtków

Lubiłam ich odwiedzać, poplotkować z dziewczynami, pośpiewać przy wtórze gitary Mayonesa, napić się prawdziwie zimnego piwa, być poczęstowana pysznym drinkiem to na jedną, to na drugą …nóżkę (Asiu, tu specjalne ukłony dla ciebie – to dzięki tobie poziom płynów wysoko-relaksujących w mojej głowie utrzymywał się w przyjemnej normie).
Lubiłam potem wracać do naszego przytulnego Retro, po prostu – do siebie.

Tej nocy wracać do siebie nie musiałam. Pierwsza integracyjna impreza obu jachtów odbyła się na Retro. Mimo, że mniejszy i ciaśniejszy, za to całkowicie sprawny. W przeciwieństwie do luksusowego Prestiża, który nagle został pozbawiony prądu. Było to dość trudne doświadczenie zwłaszcza dla Leszka, który po ciemku wpadł przez otwartą klapę prosto do silnika i dość poważnie uszkodził sobie kolano. Było to również trudne doświadczenie dla nas – załogi Retro, bo nagle dodatkowe 12 osób przyszło się do nas wykąpać…
Tak czy inaczej, mimo pierwszych kłopotów, impreza – ku uciesze wszystkich – odbyła się z prrrrądem …
Niesamowite było to, że kiedy my zaczynaliśmy się bawić, w Polsce była jakaś 4 w nocy. A my po kompletnie nieprzespanej poprzedniej nocy, całym dniu podróży, dodatkowo „cofnięci” o 5 godzin, dostaliśmy od losu w prezencie całą furę energii, by móc z radością i z wypiekami na twarzy powitać Martynikę, La Marine, Zerlinę, naszych Prestiży w komplecie, a także pierwszy karaibski deszcz … – bo o ile dobrze pamiętam, chyba dopiero on przegonił nas do łóżek.

jachty śpią

jachty śpią

Dodano w Moje Karaiby | 2 komentarzy

Gdzie są sanki

27 listopada 2010 czyli Karaibów Dzień Drugi, Le Marin, Martynika

zdjecie Karaibow w deszczu

Dzień rozpoczął się dość nietypowo, jak na „moje polskie wyobrażenie o Karaibach”. Siąpiło, chlupało i kapało skąd się da. Ale było ciepło. Tyle dobrego.
Na szczęście karaibski deszcz ma to do siebie, że nie trwa długo. Tak tylko przeleci, przemoczy i znika – no, z drobnym wyjątkiem (ale o tej historii trochę później).
Fakty są takie, że przyjechaliśmy na te Karaiby, z drobnym zahaczeniem o końcówkę pory deszczowej. Zostało nam parę mokrych dni, bo 1 grudnia zaczyna się tutaj tzw. pora sucha. Przynajmniej oficjalnie. Pożyjemy, zobaczymy…
Póki co robimy pierwszą zrzutę na jedzenie, środki czystości, wodę do picia i część załogi rusza naszym, pożyczonym jeszcze do południa busem, na zakupy. Reszta rozpakowuje swoje bagaże i zapoznaje się bliżej (i tym razem nie po ciemku) z jachtem.

zdjecie mesy w ogolnym rozpakowawczym nieladzie
Rozkładając nasze ciuchy w szafie rozmyślam o tym jak to będzie. Czy będę miała morską chorobę? czy będzie bardzo bujać? kto z zapoznanych wczoraj ludków okaże się fajny, a czyjego towarzystwa będę miała dość już przy pierwszym wspólnym obiedzie? jakie przygody czekają nas na oceanie, a jakie w kolejnych portach? co kupię i przywiozę do domu? czego nie kupię i będę potem żałować? …..Rozmyślania co jakiś czas przerywała mi wędrująca rodzinka karaluchów (niektóre były całkiem dorodne). Przeszkadzało mi to tylko chwilę – do momentu, kiedy nie wytłumaczyłam sobie, że to w końcu ja jestem tu gościem, a nie odwrotnie. Bo to one żyją sobie spokojnie w swoich szufladach i zakamarkach, mają poukładane trasy, dzienne, nocne, samotne i rodzinne, aż tu nagle wchodzi taki pasażer (przeważnie niejeden) i z buciorami ładuje im się do ich poukładanego życia. A fuj! To okropne! Tak nie można. No właśnie. Szybko kończę więc swoje grzebanie po szafkach i wracam na świeże pokładowe powietrze.
Na rufie małe poruszenie, przy naszej lewej burcie, gramoląc się całą swoją Szerokością, próbuje zacumować jakiś katamaran. Kilka osób krząta się przy linach, inne trzymając obijacze osłaniają burty. To Polacy. Słychać rozmowę. Niedługo potem dwie opalone dziewczyny stoją już na lądzie i zaczynają nam opowiadać….jakie cudowne widoki, ile wody zużyli do picia, a ile do mycia, co jedli, kogo poznali,…Jako ci, którzy właśnie kończą swój rejs, udzielają nam przydatnych rad; zostawiają też tłusty jak oliwa środek na komary (który podobno ma się nam na którejś z wysp przydać). Trochę zazdroszcząc im opalenizny, słuchamy tych opowieści, dziękujemy za rady i za komarowy specyfik. Tego, że wracają do zimy nie zazdrościmy. Życzymy im za to szczęśliwej podróży i pozostajemy uradowani faktem, że my dopiero „przed”, kiedy inni są już „po”.

Naprawa prądu u Prestiży kończy się pełnym sukcesem, co daje nadzieję na wieczór równie huczny, jak wczorajszy – z tym, że dzisiaj – u nich. Co prawda dziury w pontonie nie udaje się niestety załatać, ale w końcu to tylko dziura, w najgorszym razie zatka się nogą…
Wkrótce się okazuje, że tę noc spędzimy również w Le Marin. Co nie znaczy, że w ogóle się nie ruszymy. Ruszyliśmy się, a jakże, i to parę kroków, bo aż do stojącego przy naszej prawej burcie i z utęsknieniem czekającego na nasze hałasy Prestiża.

zdjecie z imprezy na Prestiżu dnia drugiego
Co by nie mówić, hałasów było sporo. A to Nogal coś zaintonował, to znów przejął kto inny, wszystko po to, by w końcu oddać gitarę Mayonesowi. Blusy, rocki, ballady i poezje przemieszane z szantami snuły się po prestiżowym kokpicie w prawo i w lewo. Rydzu też coś zagrał – tak jak tylko on potrafi najpiękniej – dla odmiany – na swoich ukochanych flażoletach. I co więcej – to nie było ostatnie zdanie Rydza w muzycznej kwestii….ale o tym trochę później.
Rozśpiewało się towarzystwo do tego stopnia, że na pokładzie Prestiża zaczęły powstawać autorskie piosenki, tudzież inne przyśpiewki swojej roboty. Wszystkie były na tyle spontaniczne, że jedyne wspomnienie na ich temat jest takie, że: były….
Z wyjątkiem jednej, która pozostała w naszej pamięci do końca rejsu. Ba, stała się wręcz naszym hymnem. Jest duża szansa na to, że pamięć o niej nigdy nie przeminie.
W autorskim wykonaniu Tadeusza (który podobno zasłyszał to gdzieś na Mazurach), brzmiało to mniej więcej tak:
Jest z nami Andrzej, jest z nami Krzysiek,
Nie ma z nami Zbyszka
GDZIE JEST KURWA ZBYSZEK!!!??…

Przewagą tej zacnej pieśni nad innymi pieśniami było to, że kolejne zwrotki pisały się same. I – zaczynając od siedzących po lewej stronie kokpitu …
„Jest z nami Ela, jest z nami Piotrek,
Jest z nami Asia, itd….”

…a kończąc na prawej stronie, no i na …..wirtualnym, poszukiwanym przez nas w każdym porcie – Zbyszku…

Później życie dopisało nowy wątek (kiedy to moja siostra przysłała mi krótkiego sms-a z zaśnieżonej po uszy Warszawy: ”gdzie sanki?”):
Są z nami Rydze, są z nami Janki, nie ma z nami sanek, gdzie są k… sanki!!!?

Dodano w Moje Karaiby | 3 komentarzy

Trudne początki (droga do Saint Vincent)

28 listopada 2010, czyli Karaibów dzień Trzeci

trasa z Le Marin (Martynika) do Kingstown (Saint Vincent)

Około 10 rano, po śniadaniu i ustaleniach obu kapitanów, opuszczamy spokojne wody zatoki w Le Marin. Za nami zostają dwa puste miejsca przy kei i bar z pysznymi stekami i równie pysznym piwem. Jeszcze tu wrócimy!! Ale teraz pora ruszać w drogę. Ahoj przygodo!!

Od rozmowy z Polakami przy kei pozostaje mi w głowie jedna myśl – widoki!!! Rozglądam się niecierpliwie dookoła, wyglądając tych „widoków”. Czy to aby już?? Nie mogę przegapić ani jednego, jakem Magda Roczeń…

Wypłynęliśmy z Martyniki

Na razie przed moimi oczyma prężą się i błyszczą całe setki białych masztów, zaparkowanych równo przy kejach, które mijamy. Na niebie wiszą ciemne chmury. Lunie czy nie? Na dwoje babka wróżyła. Lunęło.

Wszyscy stoimy na pokładzie. Cisza, skupienie, oczekiwanie. Zastanawiam się, czy już iść po aparat, czy może trochę poczekać aż się przejaśni. W końcu to Karaiby, więc chyba zdjęć z deszczem robić nie wypada! Na pocztówkach i folderach zawsze świeci tu słońce. Czy to są na pewno te same Karaiby??

Zdjęcie Karaibów w deszczu

Szybko stwierdzam, że szare, zrobione w deszczu zdjęcia mogą być bardzo oryginalne i pstrykam kilka uwieczniających ten niepowtarzalny moment. Zresztą, nie tylko ja.

Katamaran nabiera tempa, mijamy kolejne pozostawione przez motorówki fale, na razie przechyłów nie ma. Ufff. Wokół zielone górzyste brzegi, z serpentynami wąskich ulic, z kolorowymi domkami, hotel z palmami przy brzegu. Ładnie, choć czuję, że to jeszcze nie to.

Zdjęcie hotelu na plaży

Cieszę się, że mimo godziny płynięcia nie robi mi się niedobrze. Co prawda nie buja ani trochę, ale miewałam już i takie rejsy, że nawet kiedy płynęliśmy kanałem latałam do kibla z ręką na buzi…

„Ja, Magda, Wilk Morski, znając swoją morską chorobę na wylot i zdając sobie doskonale sprawę ze wszystkich jej konsekwencji i niedogodności, sama, świadomie i z premedytacją nie wzięłam ze sobą żadnych środków farmakologicznych, wypowiadając tym samym mojej chorobie srogą wojnę i postanawiając rozprawić się z nią raz na zawsze!!!
Boże dopomóż!!
Amen.”

A tak serio – przegapiłam sprawę i nie załatwiłam sobie na czas recepty na cinnamizinum – jedyny lek, który pozwalał mi żyć na każdym rejsie na Zawiszy (i wcale nie zwalam winy na biednego Krzemienia, chciał chłopak dobrze).

Najpierw mina zrzedła Idze. Potem Iga pobladła i położyła się na ławce w kokpicie. Zamykanie oczu jest chyba w tym stanie organiczne, bo nikt nie musiał jej podpowiadać, sama zamknęła. Przypomniało mi się to uczucie, i jak to jest, kiedy zaczyna mdlić. Jak to jest, kiedy nie możesz żadną siłą tego zatrzymać, choć próbujesz, starasz się. Na nic. I tak dopada. I każe zwracać śniadanie, obiad, po kolei, jak leci….Ale to wcale nie rzyganie jest w chorobie morskiej najgorsze. Najgorszy jest ból głowy, połączony z zawrotami jak na karuzeli, no i to dziwne uczucie, kiedy to głowa wydaje się nie należeć do reszty ciała, a już na pewno nie do naszego… Z czasem wypracowałam sobie swój sposób – przeleżeć, najlepiej na wznak, koniecznie z zamkniętymi oczami, no i najlepiej na powietrzu, o ile się da. Nic nie jeść, pić mało, tak żeby nie trzeba było, broń boże, za często wstawać. Najlepiej w ogóle się nie podnosić. Tylko w krytycznym momencie, ale wtedy za to trzeba się podnieść szybko, bardzo szybko, żeby nie trzeba było z kolei sprzątać…

Ela jeszcze się uśmiechała, ale dziwnie jakoś przestała się odzywać. Kiedy Minister wrócił na pokład z plastrami w garści, leżały już obie. Przyklejenie plastra na pępku podobno świetnie pomaga na morską przypadłość. Nie wiem. Nie stosowałam tej metody.

Przekonane przez Ministra, a może – zdecydowane już na wszystko dziewczyny – grzecznie pokazują brzuszki i dają sobie poprzyklejać… (korzeń imbiru już wcześniej poszedł w ruch).

Wszyscy obserwowaliśmy, co się będzie działo. „Może ja też wezmę plasterek dla siebie? – myślałam w duszy – tak profilaktycznie, żeby nie dopuścić…”

Nie wiem, czy minęły 3 minuty – po wychylonej przez burtę, przypiętej szelkami do relingu Idze, widać było doskonale – plastry czynią z chorobą cuda!!!

Zdjęcie dziewczyn siedzących na burcie, oddających się trudnej rrrrozmowie z Neptunem

Instrukcja obsługi brzmi: 1.przyklejasz 2.rzygasz 3.i od razu ci lżej!!

A może to właśnie tak ma działać? Nie wiem i sprawdzać nie zamierzam.

Widok dziewczyn wcale nie dodawał mi otuchy, wręcz przeciwnie. Zaczęłam jakoś odruchowo oczekiwać swojego. Zwłaszcza, że i facetów powoli pokładło, i fala wzrosła.Zdjęcie załogi zalegającej tu i tam na pokładzie Już się nie dało usiedzieć na dziobie, przynajmniej nie na sucho. Zmoczona parę razy słoną (oj, słoną) wodą wróciłam na rufę i oparłam się o stół. Zrobiło mi się trochę sennie i zeszłam na dół, by się położyć. Podobno mamy płynąć do samego wieczora.

Już na pierwszym schodku wiedziałam, czym to się skończy. Wejście pod duszny pokład zawsze kończy się u mnie tym samym. Rzuciłam się pośpiesznie do toalety, dziękując bogu za to, że była wolna. Resztę dnia przeleżałam w swojej koi, na wznak, z zamkniętymi oczami. Koniecznie!!

Saint Vincent

Kotwicę rzuciliśmy już po zachodzie słońca.Zdjęcie po zmroku W tych szerokościach geograficznych jest to około szóstej wieczorem (wschód też koło szóstej, tylko rano). Było to w zatoce szumiącej do snu mieszkańcom Kingstown. Pierwszy port powitał nas mnóstwem światełek i głośną muzyką. Nie było mi łatwo wygrzebać się ze swego wygodnego wyrka, zwłaszcza, że nadal bujało. Przebranie się, założenie sandałów czy umycie się ciągle sprawiało mi wielką trudność, mimo, że staliśmy już w porcie. Może to fala, która faktycznie czasami przesuwała nas to w prawo to w lewo, ale chyba bardziej wrażenie pozostające ciągle w mojej głowie.

W końcu opuścić wyrko musiałam, bo zaczynała się nasza nocna wachta. Kotwicowa. To jedyny rodzaj wachty, który tak naprawdę pełniliśmy od początku do końca, z rozpisywaniem osób, godzin. Podobno wachta konieczna, kiedy stoi się, jak my wtedy, na kotwicy. Dla bezpieczeństwa i pewności, że nie obudzimy się nagle na drugiej stronie zatoki – wbici w skały (za sprawą nieobliczalnych sił przyrody), bądź nie stracimy cennych lub niezbędnych sprzętów z naszej łódki (za sprawą nieustraszonych i niezwykle pomysłowych tubylców na swoich cichych łódeczkach). Nie spotkało nas ani jedno ani drugie w ciągu całego rejsu, stąd wniosek, że pełniliśmy swój wachtowy obowiązek rzetelnie i sumiennie.

Siedzieliśmy sobie 2 godziny: ja, Roman i Marcin I – szy i wpatrując się w mrok za burtą i w migający świat na nabrzeżu, rozmawialiśmy o życiu, pracy, zajęciu, które każdy z nas wykonuje w kraju. A wszystko odbywało się w towarzystwie żywych i po karaibsku energicznych dźwięków: „Keep the fire burning, keep the fire burning…”, dobiegających z brzegu.

Nocne zdjęcie wachty

Kiedy w następnym porcie okazało się, że utwór ten jest pieśnią wyborczą (a wybory za niecałe dwa tygodnie – dokładnie w dzień naszego powrotu), zrozumieliśmy dlaczego grany był pół nocy, w kółko, aż do znudzenia. Nie żaden tam hit czy przebój sezonu, po prostu: WYBORY!! Nie trudno się domyślić, że przez cały nasz rejs jego słodkie i (już) znajome dźwięki były nieodłącznym elementem „naszych Karaibów”. Ba! Stanowiły tło dla naszych karaibskich wędrówek, karaibskiego pływania, karaibskiego picia piwa w barze, karaibskich przygód, tło dla wszystkiego. To druga, po śpiewanym pierwszej nocy „gdzie jest k…a Zbyszek?…”, pieśń, która zasługuje na miano hymnu całego rejsu. Taki hymn nr.2.

Hymn nr.3 też był – dla jasności. Zaintonowany pięknie przez wspomnianego chwilę wcześniej Marcina: „ All for me grog….”, brzmiał cudnie czy to na fali czy pod wiatr. Nawet w samolocie. Wszyscy go w końcu nuciliśmy, jak jeden mąż.

Wybiła szósta. Kończymy swoją wachtę, budzimy następnych, którzy są na liście – Rydzów i idziemy dokończyć spanie.

Ps. W nagrodę za wytrwałe czytanie otrzymasz
wspaniałą niespodziankę

Dodano w Moje Karaiby | 2 komentarzy